KTW-KRK-LHR-LGW-NY-LHR-KRK-KTW

9 września 2017

Trzy miesiące. Tyle czasu minęło, odkąd Cię nie ma. Tęsknię za Tobą codziennie i nadal zastanawiam się, czy dobrze zrobiłam. Bardzo Cię kocham, wiesz?

Ta podróż nie była planowana. Nadal do końca do mnie nie dociera, jak daleko polecimy. Cieszę się i martwię jednocześnie, jak zniosę tak daleki lot, czy wszystko będzie ok, czy moja rodzina będzie w porządku… Ale życie jest tak krótkie, wszystkiego trzeba spróbować, dać szansę. Mam nadzieję, że to będzie wspaniała, cudowna podróż.

Ty

3 sierpnia 2017

Nadal uczę się żyć w przestrzeni, którą zostawiłaś po sobie. Nadal nie wiem jak. Nadal obijam się od ścian jak pijak i lunatyk. Czuję Twoją nieobecność zawsze i wszędzie, a jednak czasem zapominam. I czasami sobie przypominam, i na chwilę brakuje mi tchu.

„deszcz pada na Bilbao i pada na całą ziemię…”

24 lipca 2017

Pada deszcz. Po dniach suszy i upału, po dniach duszącej niemożności oddechu, w końcu pada. Wszystko przycichło, nawet samochody zjawiają się powoli i w ciszy. Razem z deszczem pada światło lamp ulicznych. Szumią liście. Moje serce odpowiada na wezwanie: jestem tu i tańczę. Słyszę tą pieśń i podryguję w jej takt.

V stara się spać. Cały dom umilkł, słychać jedynie tykanie zegara, szum deszczu i samochody zmierzające przed siebie. Jestem lekka, leciutka; wino wprawia mnie w nastrój, gdy unoszę się parę centymetrów nad ziemią. Jestem wolna. Słucham muzyki, której nie słucham na co dzień i czuję się, jak wtedy w Sztokholmie: nieposkromiona. Wolna. Radosna. Nic mnie nie dotyka i nic mnie nie rani, choćby na te cenne ułamki sekund, gdzie nie boli mnie Twoja zdrada i nie boli mnie pustka, którą po sobie zostawiłaś. Bo nie ma Cię już, prawda: 43 dni. Dni pustki. Dni zabierającej dech świadomości, że już nigdy do mnie nie wrócisz. Śmierć zabrała Cię poza mój zasięg. Nie ma dnia, w którym nie błagałabym o wybaczenie, o wysłuchanie. Nie pragnę niczego innego, niż żebyś mi wybaczyła, bo ja sobie wybaczyć nie umiem. Moja uparta natura nie pozwala na wytłumaczenie, że zrobiłam wszystko, co w mojej mocy. Przyglądam się samej sobie w tamten upiorny dzień i nie rozumiem, skąd wzięłam na to siły. Śmierć patrzy mi w oczy i zaciska swą bezduszną pięść na moim sercu i nie umiem tego opisać lepiej, niż słowem „otchłań”.

Deszcz pada na ziemię a ja siedzę przy oknie i myślę za dużo. Deszcz pada i Ciebie już nie ma ze mną, chociaż w jakiś sposób jesteś ze mną zawsze. Żyję nadzieją, że pewnego dnia znowu Cię ujrzę i powiesz mi: tak, wybaczam Ci, a ja z wdzięczności i ulgi rozsypię się po ziemi na wszystkie strony i już nigdy nie będę tą bolesną całością, jaką jestem teraz. Kiedyś moje prochy wymieszają się z Twoimi i będziemy na zawsze tym, czym byłyśmy zawsze: jednością.

Deszcz pada na ziemię i płaczę, bo pragnę być wolna. Pragnę być więcej, niż jestem teraz. I wiem, że pewnego dnia będę.

infinity

29 czerwca 2017

Staram się nie myśleć o tych dziurach, które po sobie zostawiłaś. O tej wielkiej, ogromnej pustce. Dostaję ataku paniki na samą myśl, na samą próbę uświadomienia sobie, że Cię już nie ma. Słońce wschodzi i zachodzi, deszcz pada, księżyc się zmienia. A ja nie mogę uwierzyć, że to minęły już trzy tygodnie – a wydaje się, jakby to było wczoraj. Mówią, że to minie; że czas leczy rany. Ale to nieprawda. Ból po prostu po jakimś czasie stanie się bardziej… zarządzalny. Znośniejszy. Ale nawet nie jestem w pobliżu tego momentu, w którym będę mogła przeżyć dzień bez cierpienia.

Nie przyszłaś do mnie we śnie. Jestem rozczarowana. Tęsknię za Tobą tak strasznie i nie mam pojęcia, co mam robić. Ten ból jest straszny. Straszny. Brakuje mi słów. Brakuje mi oddechu. Byłaś ze mną w innym życiu a teraz Cię nie ma i muszę wymyślać życie na nowo. Czuję się tak staro; z Tobą byłam wiecznie młoda.

Co mam zrobić? Pomóż mi, ten ostatni raz. Pomóż.

rok strat

13 czerwca 2017

Wstaję codziennie z obietnicą ukrytą gdzieś głęboko we mnie, że pewnego dnia obudzę się i ból nie będzie już tak straszny.

Nie ma Cię drugi dzień a ja nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Nikt jeszcze nie wymyślił słowa, które opisałoby stan, w jakim teraz jestem i uczucia, jakie mi towarzyszą. Nigdy się tak nie czułam i Boże, błagam, nie każ mi przechodzić przez to znowu.

Dom jest taki pusty bez Ciebie i ja taka niekompletna. Muszę na nowo oswoić codzienność i to  nie jest fair, że muszę robić to bez Ciebie.

To, co zostało po Tobie, stoi na komodzie w salonie i czeka, aż to zawieziemy w góry i pochowamy w jakimś pięknym miejscu. Widząc Cię po raz ostatni nie mogłam uwierzyć, że mogłam żyć z taką piękną istotą u boku. Wiem, że Ciebie już nie było, została tylko powłoka… Ale cieszę się, że Cię zobaczyłam. Teraz jesteś na zawsze wolna.

Jedyne, czego teraz pragnę, to znak od Ciebie. Znak, że mi wybaczyłaś i że jesteś nareszcie szczęśliwa…

Flo

10 czerwca 2017

Od czego zacząć? Leżysz sobie obok mnie, starając się spać, podczas gdy Victor odkurza. Udało ci się zasnąć po długim okresie walki z tym czymś, co cię zjada od środka, i w końcu wydaje się, że udało ci się dostać upragnione chwile snu.

Od czego zacząć? Może od tego, jak bardzo cię kocham? Jak bardzo kocham twoją mądrą, psią buzię, śliczne oczy, najpiękniejsze futerko? Kocham Twój charakter i siłę. To, jaka jesteś mięciutka w najmniej oczekiwanych miejscach. Na nosie, na spodzie łap, na uszkach. Od czego zacząć? Może od tego, że nie umiem skończyć?

Trzynaście lat temu mój brat i ojciec przywieźli cię do nas. Byłaś malutką, przerażoną kuleczką. Pierwszą noc spędziłaś pod łóżkiem rodziców, płacząc za swoją mamą i rodzeństwem. Pamiętam, jak chodziłam po mieszkaniu tuż przed Twoim przyjazdem myśląc o tym, jak wszystko się zmieni, starając się zapamiętać, jak to jest gdy Ciebie jeszcze nie ma. Już wtedy wiedziałam, że wszystko się zmieni w momencie, w którym się u nas pojawisz. Jakie to dziwne, że teraz robię to samo, oswajam przestrzeń wokół siebie i wyobrażam sobie, jak to będzie, gdy Ty już odejdziesz. A to już blisko. Nie chcesz jeść. Wymiotujesz nawet, gdy napijesz się wody. Płaczesz, gdy tylko znikniemy z twojego psiego radaru.

Patrzę na Ciebie i myślę: jak długo jeszcze? Tak strasznie Cię kocham. Serce mi pęka każdego dnia, gdy Ciebie jest coraz mniej i mniej. Wyniosłam część Twoich rzeczy do piwnicy, bo Tobie się już nigdy nie przydadzą… Patrzę na Ciebie i próbuję zapamiętać wszystko, co Ciebie dotyczy. Tak strasznie się boję, że zapomnę te cząsteczki Ciebie. Twoje długie rzęsy, miękkie łapki, dotyk Twojego oddechu na mojej skórze. Zabawne, za jakimi głupotami się tęskni: za ciężarem smyczy w dłoni. Za Twoim głosem. Za dalekimi spacerami. Za porankami, gdy nas budziłaś radośnie liżąc nam twarze.

Jedno z moich najukochańszych wspomnień: jesteśmy obie w górach. Jest lato. Idziemy na spacer zaraz po przyjeździe. Jest tak cudnie, czuję się taka wolna i radosna. Biegniemy w dół wzgórza, w wysokiej trawie, słońce świeci wysoko. Skaczesz przez trawę jak sarna a śmiech łaskocze mnie w płuca. Obie jesteśmy szczęśliwe.

A teraz jesteśmy tu. Nie wydaje mi się, że rozumiesz, co się dzieje. Nie śpisz już. Leżysz obok mnie i spoglądasz na monitor, jakbyś czytała mi przez ramię. Twój ból jest moim bólem. Wstajemy w nocy z Victorem, by pomóc ci się przewrócić na drugi bok. Nie wychodzisz już nawet na dwór. Nie możemy niczego planować, bo nie wiadomo, jak długo z nami będziesz… I mimo, że pragnęłabym, aby to było jak najdłużej to wiem, przecież wiem, że Twój czas – tak jak i mój – jest ograniczony. To takie niesprawiedliwe, że będę musiała żyć bez Ciebie.

Parę dni temu wtulałam się w Ciebie i prosiłam, żebyś mi oszczędziła tego strasznego wyboru. Mam nadzieję, że nie będę musiała decydować o eutanazji ale możesz być pewna, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by ulżyć ci w cierpieniu. I wiem, że tak naprawdę nigdy nie odejdziesz: Twoje życie nadal będzie ze mną, aż do końca. Na zawsze. Moja najukochańsza, najwspanialsza Flo.

tagi: , , ,

o sm

24 maja 2017

6 listopada 2016 – początki

Początków jest wiele i nigdy nie wiadomo, który z nich był właściwy.

Czy to moja słaba odporność i łapanie wszelkich infekcji? Czy fakt, że jako mała dziewczynka przeczytałam paskudny artykuł o tej chorobie i zawsze była dla mnie jednym z najgorszych koszmarów? Czy to było mrowienie w palcach? A może mroczki przed oczami, które łączyłam z migreną?

Wszystko to już nie ma znaczenia. Początek nastąpił i już nie ma odwrotu.

Lecz to fakt, najgorzej jest zacząć; potem jakoś wszystko się toczy i leci do przodu. Czasem mam w głowie pełno myśli o tym dziadostwie, ale gdy siadam, by je uchwycić i choć trochę sobie ulżyć, wszystko znika. Więc, na przekór sobie, zmuszam się. Nie obiecuję sobie nic, być może jednak kiedyś te wpisy będą w czymś pomocne. Na razie będą jedynie zapiskiem.

Jakkolwiek jest to straszliwie się przyznać na głos (a mówienie tego na głos sprawia, że staje się bardziej prawdziwe), za tydzień kończę 26 lat i od ponad roku choruję na stwardnienie rozsiane.

Już. Powiedziałam. Stało się. Niech się teraz dzieje, co chce.

 

6 listopada 2016 – what if

Dużo gdybam, chociaż wiem, że nie powinnam. Czasami pojawia się w głowie myśl, gdzie bym teraz była, co bym robiła, gdyby nie choroba? Patrzę na przyjaciół i znajomych, widzę, jak ich życie idzie do przodu, a ja czasami czuję, że już nigdy nie ruszę do przodu. Że od teraz to tylko równia pochyła.

Jestem w przerażającym miejscu. Każdy dzień to próba oswojenia, unaturalnienia tego, co się dzieje. Średnio mi idzie. Po otrzymaniu diagnozy przyjaciółka mojej mamy, chorująca na tocznia, powiedziała mi: daj sobie czas. Taka nowina wymaga żałoby. I miała rację: najpierw żyłam w zawieszeniu. Nie docierało do mnie to, co się działo ani to, co zostało mi przekazane. Potem nastąpiło najgorsze: uświadomiłam sobie, zrozumiałam. Byłam w bardzo złym miejscu i musiałam udawać, że wszystko jest okej; że byłam na urlopie, nie w szpitalu. Przez długi czas czułam się – i to było chyba jedno z najgorszych uczuć, jakie kiedykolwiek dane mi było przeżyć – że żyję życiem, które nie jest moje. Że to ciało nie jest moje. Że to wszystko odbywa się poza mną. Jednocześnie byłam zła, że nie mogę żyć tym, co miałam do tej pory… Gdzie jestem teraz? Nie wiem. Nie mam pojęcia. Gdzie bym była, gdyby nie choroba? Kto wie, czy nie w tym samym miejscu…

 

18 lutego 2017 – limbo

Tak więc siedzę i czekam. I czekam. Mogę już odliczać, został tydzień do rezonansu, tydzień do decyzji, tydzień życia w cudownej i strasznej niewiedzy.

Choroba przewlekła to naprawdę straszliwy stres. Po diagnozie myślałam, że szybko się z nią pogodziłam, lecz dopiero urlop w jakieś pół roku po niej uzmysłowił mi, pod jakim straszliwym obciążeniem żyłam i żyję nadal. Przez większość czasu o tym nie myślę; nie mam rzutów (oprócz paru małych epizodów), nie mam większych dolegliwości oprócz większego zmęczenia. I mam nadzieję, że to wystarczy, że rezonans pokaże, że zmiany się zmniejszają i nie powstają nowe. Mam jednak nieprawidłowości w moczu i muszę to skonsultować z lekarzem – obawiam się, że to skutek uboczny betaferonu.

Zdaje mi się, że nie umiem pisać o mojej chorobie tak, jak bym chciała. Ogarnia mnie panika na samą myśl pisania, jakby poprzez ten proces choroba stawała się bardziej prawdziwa i realna. Ale staram się: to ma być kronika, zapis tego, przez co przechodzę na przyszłość i na korzyść innym.

Tęsknię czasem za moim starym życiem sprzed choroby. Ale czyż nie pragniemy tego, czego już nie możemy mieć?

życie w cieniu śmierci

24 maja 2017

już od jakiegoś czasu wszystko wydaje mi się czekaniem. Każdy dzień, każda chwila, zawsze upływają w czekaniu. Czekaniu na kolejną kartę, na kolejną rozgrywkę; na nowe wydarzenia, na zmiany. Przyznam się, że czekam na jej śmierć: czekam na to, co się musi stać. I to czekanie mnie rozbraja na części pierwsze. Nienawidzę czekać. Jestem zmuszona żyć w tym limbo, zawieszona, nie mogąc się ruszyć ani w jedną, ani w drugą stronę. Nie zrozum mnie źle: kocham ją nad życie i nie umiem sobie nawet wyobrazić, jak to będzie, gdy już zdecyduje się iść dalej. Nie wiem. Ale wszystko ostatnio odwieszam na haczyk oczekiwań. Boję się spuścić ją z oczu chociaż na sekundę. Tak więc wszystko, co robię, podporządkowuję pod nią. Rozkład dnia, pracę, czas wolny. Mam 26 lat, moje życie powinno się toczyć w pełni, a wszystko w środku czeka. Na co? na jej śmierć? na nowy czas? już sama nie wiem. Nie wiem też, czy to, na co tak czekam, kiedykolwiek się wydarzy. Staram się przeżywać dni tak dobrze, jak tylko umiem; wykorzystywać to, co mam do ostatka lecz odczuwam niedosyt. Miało być więcej, wyraźniej, lepiej. A życie troszkę się skończyło.

Wróciłam z Madery i nie umiem uwierzyć, że już mnie tam nie ma. Madera jest wszystkim, co kocham. A nawet tam moje serce wędrowało do Polski, wędrowało do mojej psiny której było tak źle. I egoistycznie denerwuję się, że tego nie przewidziałam, że część tego wyjazdu musiałam oddać na rzecz tak smutnych przypadków. Egoistycznie mówię sobie, że gdy jej już nie będzie, nie będę mieć wyrzutów sumienia, by jeździć w różne miejsca, wychodzić, wracać późno w nocy. Ale śmierć Wojtka uświadomiła mi, że nic nie jest takie, jakim się nam wydaje. Czas, ten przeklęty czas, tylko on umie ujawniać prawdę o nas samych.

big picture

26 kwietnia 2017

Cóż mogę zrobić? Jak dalej iść? Które wybory są dobre, a które złe? Nic już nie wiem. Niczego nie jestem pewna. Miłości nie starcza na każdy powszedni dzień. Już niedługo jadę na wyczekiwaną Maderę i już sama nie wiem, wszystko wydaje mi się takie… bez wyjścia. Dlaczego przychodzę tu tylko, gdy jest źle? Myślę przecież o Tobie także gdy jest dobrze. Dlaczego nie mogę być tu i teraz?

waiting

18 lutego 2017

Pięć lat temu żyłam w stanie ciągłego szczęścia, upojona Sztokholmem i jego możliwościami. Bardzo tęsknię. Żałuję niektórych moich wyborów. Mogłam zrobić więcej. Mogłam zrobić lepiej. Wszystko wydawało się wtedy takie nowe; życie było świeże i pełne szans. Teraz wszystko skamieniało i wydaje się, że nie ma nic, co mnie poruszy. Wszystko ugina się pod ciężarem choroby. Pewne ścieżki już na zawsze pozostaną dla mnie zamknięte. Więc trwam sobie w tym limbo. Unoszę się na wietrze. Moje serce tęskni do gór.

Myślę sobie, czy coś się odmieni na lepsze. Teraz czuję ciężar tysiąca żywotów na moich barkach i wydaje mi się, że zostanę rozgnieciona do samego końca.

Chciałabym tyle powiedzieć, tyle napisać i wciąż brakuje mi słów.


  • RSS