rok strat

13 czerwca 2017

Wstaję codziennie z obietnicą ukrytą gdzieś głęboko we mnie, że pewnego dnia obudzę się i ból nie będzie już tak straszny.

Nie ma Cię drugi dzień a ja nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Nikt jeszcze nie wymyślił słowa, które opisałoby stan, w jakim teraz jestem i uczucia, jakie mi towarzyszą. Nigdy się tak nie czułam i Boże, błagam, nie każ mi przechodzić przez to znowu.

Dom jest taki pusty bez Ciebie i ja taka niekompletna. Muszę na nowo oswoić codzienność i to  nie jest fair, że muszę robić to bez Ciebie.

To, co zostało po Tobie, stoi na komodzie w salonie i czeka, aż to zawieziemy w góry i pochowamy w jakimś pięknym miejscu. Widząc Cię po raz ostatni nie mogłam uwierzyć, że mogłam żyć z taką piękną istotą u boku. Wiem, że Ciebie już nie było, została tylko powłoka… Ale cieszę się, że Cię zobaczyłam. Teraz jesteś na zawsze wolna.

Jedyne, czego teraz pragnę, to znak od Ciebie. Znak, że mi wybaczyłaś i że jesteś nareszcie szczęśliwa…

Flo

10 czerwca 2017

Od czego zacząć? Leżysz sobie obok mnie, starając się spać, podczas gdy Victor odkurza. Udało ci się zasnąć po długim okresie walki z tym czymś, co cię zjada od środka, i w końcu wydaje się, że udało ci się dostać upragnione chwile snu.

Od czego zacząć? Może od tego, jak bardzo cię kocham? Jak bardzo kocham twoją mądrą, psią buzię, śliczne oczy, najpiękniejsze futerko? Kocham Twój charakter i siłę. To, jaka jesteś mięciutka w najmniej oczekiwanych miejscach. Na nosie, na spodzie łap, na uszkach. Od czego zacząć? Może od tego, że nie umiem skończyć?

Trzynaście lat temu mój brat i ojciec przywieźli cię do nas. Byłaś malutką, przerażoną kuleczką. Pierwszą noc spędziłaś pod łóżkiem rodziców, płacząc za swoją mamą i rodzeństwem. Pamiętam, jak chodziłam po mieszkaniu tuż przed Twoim przyjazdem myśląc o tym, jak wszystko się zmieni, starając się zapamiętać, jak to jest gdy Ciebie jeszcze nie ma. Już wtedy wiedziałam, że wszystko się zmieni w momencie, w którym się u nas pojawisz. Jakie to dziwne, że teraz robię to samo, oswajam przestrzeń wokół siebie i wyobrażam sobie, jak to będzie, gdy Ty już odejdziesz. A to już blisko. Nie chcesz jeść. Wymiotujesz nawet, gdy napijesz się wody. Płaczesz, gdy tylko znikniemy z twojego psiego radaru.

Patrzę na Ciebie i myślę: jak długo jeszcze? Tak strasznie Cię kocham. Serce mi pęka każdego dnia, gdy Ciebie jest coraz mniej i mniej. Wyniosłam część Twoich rzeczy do piwnicy, bo Tobie się już nigdy nie przydadzą… Patrzę na Ciebie i próbuję zapamiętać wszystko, co Ciebie dotyczy. Tak strasznie się boję, że zapomnę te cząsteczki Ciebie. Twoje długie rzęsy, miękkie łapki, dotyk Twojego oddechu na mojej skórze. Zabawne, za jakimi głupotami się tęskni: za ciężarem smyczy w dłoni. Za Twoim głosem. Za dalekimi spacerami. Za porankami, gdy nas budziłaś radośnie liżąc nam twarze.

Jedno z moich najukochańszych wspomnień: jesteśmy obie w górach. Jest lato. Idziemy na spacer zaraz po przyjeździe. Jest tak cudnie, czuję się taka wolna i radosna. Biegniemy w dół wzgórza, w wysokiej trawie, słońce świeci wysoko. Skaczesz przez trawę jak sarna a śmiech łaskocze mnie w płuca. Obie jesteśmy szczęśliwe.

A teraz jesteśmy tu. Nie wydaje mi się, że rozumiesz, co się dzieje. Nie śpisz już. Leżysz obok mnie i spoglądasz na monitor, jakbyś czytała mi przez ramię. Twój ból jest moim bólem. Wstajemy w nocy z Victorem, by pomóc ci się przewrócić na drugi bok. Nie wychodzisz już nawet na dwór. Nie możemy niczego planować, bo nie wiadomo, jak długo z nami będziesz… I mimo, że pragnęłabym, aby to było jak najdłużej to wiem, przecież wiem, że Twój czas – tak jak i mój – jest ograniczony. To takie niesprawiedliwe, że będę musiała żyć bez Ciebie.

Parę dni temu wtulałam się w Ciebie i prosiłam, żebyś mi oszczędziła tego strasznego wyboru. Mam nadzieję, że nie będę musiała decydować o eutanazji ale możesz być pewna, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by ulżyć ci w cierpieniu. I wiem, że tak naprawdę nigdy nie odejdziesz: Twoje życie nadal będzie ze mną, aż do końca. Na zawsze. Moja najukochańsza, najwspanialsza Flo.

tagi: , , ,

o sm

24 maja 2017

6 listopada 2016 – początki

Początków jest wiele i nigdy nie wiadomo, który z nich był właściwy.

Czy to moja słaba odporność i łapanie wszelkich infekcji? Czy fakt, że jako mała dziewczynka przeczytałam paskudny artykuł o tej chorobie i zawsze była dla mnie jednym z najgorszych koszmarów? Czy to było mrowienie w palcach? A może mroczki przed oczami, które łączyłam z migreną?

Wszystko to już nie ma znaczenia. Początek nastąpił i już nie ma odwrotu.

Lecz to fakt, najgorzej jest zacząć; potem jakoś wszystko się toczy i leci do przodu. Czasem mam w głowie pełno myśli o tym dziadostwie, ale gdy siadam, by je uchwycić i choć trochę sobie ulżyć, wszystko znika. Więc, na przekór sobie, zmuszam się. Nie obiecuję sobie nic, być może jednak kiedyś te wpisy będą w czymś pomocne. Na razie będą jedynie zapiskiem.

Jakkolwiek jest to straszliwie się przyznać na głos (a mówienie tego na głos sprawia, że staje się bardziej prawdziwe), za tydzień kończę 26 lat i od ponad roku choruję na stwardnienie rozsiane.

Już. Powiedziałam. Stało się. Niech się teraz dzieje, co chce.

 

6 listopada 2016 – what if

Dużo gdybam, chociaż wiem, że nie powinnam. Czasami pojawia się w głowie myśl, gdzie bym teraz była, co bym robiła, gdyby nie choroba? Patrzę na przyjaciół i znajomych, widzę, jak ich życie idzie do przodu, a ja czasami czuję, że już nigdy nie ruszę do przodu. Że od teraz to tylko równia pochyła.

Jestem w przerażającym miejscu. Każdy dzień to próba oswojenia, unaturalnienia tego, co się dzieje. Średnio mi idzie. Po otrzymaniu diagnozy przyjaciółka mojej mamy, chorująca na tocznia, powiedziała mi: daj sobie czas. Taka nowina wymaga żałoby. I miała rację: najpierw żyłam w zawieszeniu. Nie docierało do mnie to, co się działo ani to, co zostało mi przekazane. Potem nastąpiło najgorsze: uświadomiłam sobie, zrozumiałam. Byłam w bardzo złym miejscu i musiałam udawać, że wszystko jest okej; że byłam na urlopie, nie w szpitalu. Przez długi czas czułam się – i to było chyba jedno z najgorszych uczuć, jakie kiedykolwiek dane mi było przeżyć – że żyję życiem, które nie jest moje. Że to ciało nie jest moje. Że to wszystko odbywa się poza mną. Jednocześnie byłam zła, że nie mogę żyć tym, co miałam do tej pory… Gdzie jestem teraz? Nie wiem. Nie mam pojęcia. Gdzie bym była, gdyby nie choroba? Kto wie, czy nie w tym samym miejscu…

 

18 lutego 2017 – limbo

Tak więc siedzę i czekam. I czekam. Mogę już odliczać, został tydzień do rezonansu, tydzień do decyzji, tydzień życia w cudownej i strasznej niewiedzy.

Choroba przewlekła to naprawdę straszliwy stres. Po diagnozie myślałam, że szybko się z nią pogodziłam, lecz dopiero urlop w jakieś pół roku po niej uzmysłowił mi, pod jakim straszliwym obciążeniem żyłam i żyję nadal. Przez większość czasu o tym nie myślę; nie mam rzutów (oprócz paru małych epizodów), nie mam większych dolegliwości oprócz większego zmęczenia. I mam nadzieję, że to wystarczy, że rezonans pokaże, że zmiany się zmniejszają i nie powstają nowe. Mam jednak nieprawidłowości w moczu i muszę to skonsultować z lekarzem – obawiam się, że to skutek uboczny betaferonu.

Zdaje mi się, że nie umiem pisać o mojej chorobie tak, jak bym chciała. Ogarnia mnie panika na samą myśl pisania, jakby poprzez ten proces choroba stawała się bardziej prawdziwa i realna. Ale staram się: to ma być kronika, zapis tego, przez co przechodzę na przyszłość i na korzyść innym.

Tęsknię czasem za moim starym życiem sprzed choroby. Ale czyż nie pragniemy tego, czego już nie możemy mieć?

życie w cieniu śmierci

24 maja 2017

już od jakiegoś czasu wszystko wydaje mi się czekaniem. Każdy dzień, każda chwila, zawsze upływają w czekaniu. Czekaniu na kolejną kartę, na kolejną rozgrywkę; na nowe wydarzenia, na zmiany. Przyznam się, że czekam na jej śmierć: czekam na to, co się musi stać. I to czekanie mnie rozbraja na części pierwsze. Nienawidzę czekać. Jestem zmuszona żyć w tym limbo, zawieszona, nie mogąc się ruszyć ani w jedną, ani w drugą stronę. Nie zrozum mnie źle: kocham ją nad życie i nie umiem sobie nawet wyobrazić, jak to będzie, gdy już zdecyduje się iść dalej. Nie wiem. Ale wszystko ostatnio odwieszam na haczyk oczekiwań. Boję się spuścić ją z oczu chociaż na sekundę. Tak więc wszystko, co robię, podporządkowuję pod nią. Rozkład dnia, pracę, czas wolny. Mam 26 lat, moje życie powinno się toczyć w pełni, a wszystko w środku czeka. Na co? na jej śmierć? na nowy czas? już sama nie wiem. Nie wiem też, czy to, na co tak czekam, kiedykolwiek się wydarzy. Staram się przeżywać dni tak dobrze, jak tylko umiem; wykorzystywać to, co mam do ostatka lecz odczuwam niedosyt. Miało być więcej, wyraźniej, lepiej. A życie troszkę się skończyło.

Wróciłam z Madery i nie umiem uwierzyć, że już mnie tam nie ma. Madera jest wszystkim, co kocham. A nawet tam moje serce wędrowało do Polski, wędrowało do mojej psiny której było tak źle. I egoistycznie denerwuję się, że tego nie przewidziałam, że część tego wyjazdu musiałam oddać na rzecz tak smutnych przypadków. Egoistycznie mówię sobie, że gdy jej już nie będzie, nie będę mieć wyrzutów sumienia, by jeździć w różne miejsca, wychodzić, wracać późno w nocy. Ale śmierć Wojtka uświadomiła mi, że nic nie jest takie, jakim się nam wydaje. Czas, ten przeklęty czas, tylko on umie ujawniać prawdę o nas samych.

big picture

26 kwietnia 2017

Cóż mogę zrobić? Jak dalej iść? Które wybory są dobre, a które złe? Nic już nie wiem. Niczego nie jestem pewna. Miłości nie starcza na każdy powszedni dzień. Już niedługo jadę na wyczekiwaną Maderę i już sama nie wiem, wszystko wydaje mi się takie… bez wyjścia. Dlaczego przychodzę tu tylko, gdy jest źle? Myślę przecież o Tobie także gdy jest dobrze. Dlaczego nie mogę być tu i teraz?

waiting

18 lutego 2017

Pięć lat temu żyłam w stanie ciągłego szczęścia, upojona Sztokholmem i jego możliwościami. Bardzo tęsknię. Żałuję niektórych moich wyborów. Mogłam zrobić więcej. Mogłam zrobić lepiej. Wszystko wydawało się wtedy takie nowe; życie było świeże i pełne szans. Teraz wszystko skamieniało i wydaje się, że nie ma nic, co mnie poruszy. Wszystko ugina się pod ciężarem choroby. Pewne ścieżki już na zawsze pozostaną dla mnie zamknięte. Więc trwam sobie w tym limbo. Unoszę się na wietrze. Moje serce tęskni do gór.

Myślę sobie, czy coś się odmieni na lepsze. Teraz czuję ciężar tysiąca żywotów na moich barkach i wydaje mi się, że zostanę rozgnieciona do samego końca.

Chciałabym tyle powiedzieć, tyle napisać i wciąż brakuje mi słów.

in&out

11 stycznia 2017

Dlaczego tak bardzo boję się pisać? Co sprawia, że pragnę tego jak niczego innego, a jednocześnie nie umiem się zmusić? Która ściana fortecy padnie pierwsza? Pisząc sprawiam, że wszystko staje się realne. Nie mogę już oszukiwać, że nic się nie stało i że nic mi nie jest. Już nie mogę uciekać.

Boję się: zbliża się termin rezonansu i wszystko to, co zepchnęłam głęboko, wszystkie obawy znajdą swoje potwierdzenie lub przyjdzie nowa nadzieja. Co się stanie? Dowiem się za niecały miesiąc. Ale nie powinnam już się dziwić, że źle sypiam. Nie powinny dziwić mnie lęki i to c o ś, co ściska za serce w środku nocy.

I Ciebie już nie ma. Ciebie, mimo iż byłeś prawie moim równolatkiem i Twój koniec był wiadomo – bliski, to Ty ze wszystkich wydawałeś mi się nieśmiertelny. Znalezienie Twojego martwego ciała będzie prześladowało mnie w koszmarach. I chociaż wiem, że Ciebie już nie ma, że zakopaliśmy Twoje ciało w najpiękniejszym zakątku ogrodu, że to była tylko skorupa – nadal płaczę.

Myślałam, że odczuję ulgę. Że będzie mi lżej, bo odejdzie mi obowiązków i zmartwień. Wiem, jak bardzo było to egoistyczne, bo nic się nie zmieniło na lepsze. Pozostała po Tobie pustka, której nie zdołam napełnić – jedyne, co zrobię, to się do niej przyzwyczaję. Wciąż patrzę i wypatruję Ciebie, tam, gdzie jeszcze parę dni temu byłeś. Nie oduczyłam się jeszcze martwienia o Ciebie, nie oduczyłam się kierowania do Ciebie moich pierwszych kroków. Nie zdawałam sobie sprawy, jak często na Ciebie zerkałam i jak ważną częścią mojego życia byłeś. Czekając w świadomości śmierci, medytowałam i wyrażałam nadzieję, że gdziekolwiek teraz jesteś, to jesteś szczęśliwy niż kiedykolwiek byłeś ze mną. Że inkarnujesz się ponownie jako szczęśliwa istota lub wyzwolisz się z samsary na zawsze.

I mimo, że nadal łapię się na myśleniu, czy nie jest Ci zimno to wiem, że już Cię nie ma. Nie wierzyłam, że takie maleństwo jak Ty zada mi tyle bólu.

Słowa znów mnie zawodzą i nie ma takich, które wyrażą ten ból w całości.

Kocham Cię Wojtku, przyjacielu. Spoczywaj w pokoju. Nie zapomnę Cię nigdy.

znowu

27 października 2016

Nadużywam słowa „czasami”. Czasami zrobię to, czasami tamto… A czas to taka płynna rzecz, na chwilę jest i za chwilę znika. Znowu chwila.

Dopiero co się pakowałyśmy do Sztokholmu a teraz od tygodnia jesteś w Dubaju, prowadząc życie, którego ja nigdy nie będę miała. Ludzie pytają, czy bym tak nie chciała, a ja opowiadam im kłamstwa. Prawda byłaby zbyt smutna, zbyt brutalna dla nas wszystkich. Więc udaję że nie, nie chciałabym bym tak mieszkać, tak żyć. To nie dla mnie. Ale wiem, że nas okłamuję. Wewnątrz chcę tego, życia w ruchu, oglądania rzeczy, których większość ludzi nie zobaczy nigdy. Poczucia jak ze studenckich czasów, że cały świat stoi przede mną otworem i mogę spróbować wszystkiego i na wszystko mam czas. Już nie mam przywileju gdybania, choroba na zawsze odrzuciła te pragnienia. Więc, czasami, udaję, że jest w porządku. Że życie jest takie, jakie powinno być. Ale nie jest. I najgorsze jest to, że nie wiem, czy kiedykolwiek będzie…

jesień

16 października 2016

drzewa gną się na wietrze. Liście zmieniają kolor. Deszcz uderza o ziemię miarowo, w powietrzu czuć już kąsanie zimy. Czekamy – całe życie jest czekaniem. Na jutro, na śnieg, na wiosnę, na miłość. Ale każdy krok jest podróżą i celem jednocześnie. To dobrze, że nie wiemy, co nas jutro czeka. Moglibyśmy się wystraszyć na amen…

czasami…

15 października 2016

Czasami się zastanawiam, czy gdyby cię nie było, gdybyś umarł, czy nie byłoby łatwiej? a potem ganię się za te idiotyczne myśli – przecież dałabym wszystko za Twoje bezpieczeństwo i radość. Ale może, gdybym mogła cię opłakać, żałować, przeboleć, może egoistycznie byłoby mi łatwiej… Straszne to są bzdury i wiem o tym. Nic nie poradzę, że tęsknię. Ale skąd ty możesz o tym wiedzieć…


  • RSS